Krakowski Warsztat Jogi – Szkolenia Nauczycielskie, Wyjazdy do Indii

Indyjskie impresje Ani Gładysz – Sylwester z Jogą na Goa 2008/9

Tęsknie za ostrym zapachem olejku do masażu z centrum ayurwedycznego … Chciwie wywąchuje zakamarki walizki i kosmetyczki, gdzie jeszcze się czai cień tego zapachu. Głód po przyjeździe do Polski przywołuje wyłącznie wizję madhu wada i Vasowego sambaru na śniadanie… i lady’s fingers w jego niedościgłym wykonaniu.

Znów, tak jak poprzednio, po przyjeździe z Indii prześladują mnie smaki, dźwięki, zapachy… wtedy było to krakanie gawronów i chrząkanie karmionych rankiem świń w Arambol, pod naszym oknem, nawoływanie chłopców sprzedających herbatę na dworcach „caj garam” i obwoźnych sprzedawców warzyw, charakterystyczne klaksony i ogólny szemrzący uliczny gwar, który mnie budził w Punie. Z tym, że po pierwszym wyjeździe nie byłam pewna, czy będę chciała tam jeszcze pojechac, a wspomnienia dźwiękowe i „olfaktoryczne” zaczęły wracac ze sporym opóźnieniem.

A teraz… subtelny charakterystyczny zapach korytarzy lotniska w Bombaju po wyjściu z samolotu i czuje, że się coraz bardziej cieszę. Nie w głowie, tylko rośnie mi poziom radości w klatce. J Chłodny przymglony poranek przed dworcem lotniczym, kiedy czekamy na nasz autokar. Taksówkarze. Wszystko.

Nagle – zupełnie inaczej niż w Polsce! – wszystko mi się podoba. Nie mam wątpliwości, że autobus się znajdzie. Bardzo mi się podoba, że czekam. Jak cudownie, że jedziemy autokarem! Zobaczymy trochę Indii przez okno J Nagle mam wrażenie, że wracam do miejsc, za którymi długo bardzo tęskniłam.

Pierwszy przystanek, pierwszy czaj, masala dosa. Herbatniki. Czy toalety indyjskie mogą zachwycac? Mogą! J No okazuje się, ze mogą. La vita e bella. To zdanie chodzi mi po głowie, Ewa uczy mnie, jak to brzmi w Hindi – …. Zindgii Sundar he, to będzie moja mantra codziennie rano przez kilka następnych dni. Łagodna szajba. Poproszę taką cały czas! J

Mam tę przewagę nad niektórymi innymi uczestnikami wycieczki, ze wiem czego się można po Indiach spodziewac, a równocześnie – nagle zdaję sobie z tego sprawę, niczego się nie spodziewam. No więc nie dziwi mnie ani to, ze samochód telepie, bo w stosunku do tego co pamiętam, to telepie wcale nie tak bardzo, wiem ze łóżka są podwójne(ale proszę, jaki luksus – u Celestyna można je rozsunąc! Że nie ma ciepłej wody – to znaczy jest, przecież grzeje się nieustannie w naszym super bojlerze na palenisku obok domu, a Jack przynosi wiadro z punktualnością, indyjskiego, zegarka! J

O ile sobie przypominam cztery lata temu nie smakowało mi indyjskie jedzenie. Za ostre. Nawet miałam nadzieje, że i tym razem schudnę… cóż, niestety. U Vasu smakują mi nawet pikle, cholera.

I jak to się dzieje, że w Indiach mam w sobie nawet zgodę na karaluchy w sypialnym autokarze, w którym zamierzam spędzić następna noc (zaznaczam jedynie swoje terytorium sprayem na komary, w nadziei, ze karaluchy się zorientują, o co mi chodzi), a w Polsce… ech. I potem jadę tym autokarem po wybojach, a w głowie dudni mi skoczna gayatri, która napełniała noc na dworcu autobusowym w Panjim i jest ok.

Wycieczki mieliśmy po okolicy. Jakiś wodospad był, tak, i ummmm! świetny indyjski korek pełen ciężarówek! Jakoś kierowcy na siebie nie warczeli, wyglądali na całkiem wyluzowanych, ale sprawnie wciskali się w każdą wolną przestrzeń piętrząc ten korek coraz bardziej. Zresztą, co im tam korek, jak mieli obok busik pełen białych lasek. Plantacja przypraw o zmroku; rezerwat ptaków w samo południe (złamanego ptaka w zasięgu ucha tudzież obiektywu J; zimorodek uprzejmie przypozował już po wyjeździe z rezerwatu J. Spacer skałami do Anjuny – dzikie pawie, orły, delfiny; cisza.

Piasek; ciepło; zaprzyjaźnieni sprzedawcy; jedzenie; szum wiatraka na suficie; cienie roślin na zasłonkach w altanie do jogi; henna; Cziki, różowa psina, która zapałała do nas gwałtownym uczuciem i z miłości spała pod drzwiami pokoju; morze (no może zerwanie mi moich ukochanych okularów nie było takie całkiem fair; ale za to mam dwie pary nowych! O!); świetne zajęcia jogi z Ewą i Nataszą, a także, czasem, wagary J; masaże; śirodhara. Wszystko to budowało w nas poczucie rozluźnienia, radości i spokoju, a nasze osiągnięcia w tym zakresie wytrwale sprawdzał nasz nieoceniony agent turystyczny Oskar, fundując nam coraz to nowe próby, z mistrzowska gradacją, od drobiazgów w rodzaju standardu busika, czy knajpy na sylwestra, poprzez hardcorowy pobyt w Kriszna Palace Hotel w Hospet, z wrzeszczącym managerem i zamykaniem Oli w przechowalni bagaży, bo Oskar nie zapłacił za nasz pokój; z ukoronowaniem w postaci dostarczenia nam biletów powrotnych na samolot w ostatnim możliwym momencie, w dniu wyjazdu, po śniadaniu, ale za to nie na 20.00 wieczorem jak było zarezerwowane, ale na pierwszą w południe, czyli za jakieś dwie godziny! O, Oskarze! Zapewniwszy stosowny kontrast pozwoliłeś tym bardziej rozkoszowac się czarodziejskim nieporuszonym pięknem Hampi – świątynia Kriszny, gdzie wchodzę i czuje, że tu już mogę zostac. Tak sobie usiądę i nic mi więcej nie potrzeba… urocza podróż w łódeczkach-koszykach po rzece. Dzięki tobie, Oskarze, widzę, że uczucia szczęścia, z którym budzę się w dniu wyjazdu, zupełnie nie zakłóca pośpieszne pakowanie! Że mam całkowitą pewnośc, że na samolot zdążymy i wszystko będzie ok.! Jakże zawsze marzyłam o takim poczuciu ładu i spokoju, gdy rzeczywistość mnie nagli. Codziennie rano wstaję zbyt późno do pracy, a stres zaciska mi się na mięśniach kapturowych, i nagle, dzięki Tobie, o! Oskarze, marzenie się spełnia!

Cóż, niestety, wolność od dualizmów nie trwa wiecznie, w Polsce jakoś wszystko po staremu… Ale to przecież, zdaje się, nie o to chodzi żeby złapac króliczka, lecz żeby gonic go – a oświecenie, mam wrażenie, się nie osiąga i ma, lecz jedynie – miewa…

Ania Gładysz, styczeń 2009